W Polsce powstaje plemię jakiego jeszcze nie widziano…JESTEŚMY W DRZWIACH! CZ.1.
KOŃ NA WZGÓRZU
AUTOR: ANTONI JÓZEF JASIŃSKI
Zdejmuję z szacunkiem z półki biblioteczki Naszego Pisma książeczkę tak mało znaną na EMIGRACJI – “upominek na Twoje imienieniny 13 czerwca” od Przyjaciół Haliny i śp. Jurka Prociuka. Książeczka ma tytuł “Koń na wzgórzu” . Na drugiej stronie okładki widniej dedykacja: od Przyjaciół:
13 CZERWCA 2007 ROKU. „W ślad za Małaczewskim chciało by się powiedzieć: “tym wszystkim, wszystkim, wszystkim, którzy tyle razy oglądali, lecz nigdy w żaden cud nie wierzyli, że w Polsce powstaje plemię nowych ludzi jakich jeszcze nie widziano”. Spełniła się przepowiednia Małaszewskiego. Potwierdziła ją postawa narodu w czasie II Wojny Światowej i lat okupacji sowieckiej”
„Wierzymy, że znów spełni się cud. Wierzymy, że w Polsce dojrzewa plemię nowych ludzi. Wychowanków Ojca Świętego Jana Pawła II i księży kapelanów “Wujków” młodzieży akademickiej i harcerskiej. ONI już są – już idą!!!” [od red.”Wujkowi” Słudze Bożemu z Wrocławia Jurek poświęcił swój artykuł –wkrótce opublikuję fragmenty.] Czuwaj / Jerzy z Haliną/ na twoje Imieniny/ 13 Czerwca 2007.
Wczytuję się z największą uwagą wsłowa wstepu dr Antoniego Lenkiewicza. W setną rocznicę urodzin Eugeniusza Małaczewskiego i w 75 rocznicę Jego śmierci

“To prawda, że w zmaganiach o polskie być “być albo nie być”, strzelaliśmy brylantami, że tak wybitne poeci I pisarze jak EugeniuszMałczewski (1897 – 1922) I Krzysztof Kamil Baczyński (1921-1944) nie mieli pełni życiowego czasu aby swoje wielkie talenty przetworzyć w dzieła. Prawdą jest jednak również I to, że z powodu wrogich Polsce I Polakom nastawień w ładzy (w PRL i w PRL-bis), a także z powodu tragicznego I nadmiernego wystrzelania owych BRYLANTÓW DUCHA , jako NARÓD zostaliśmy ogłuszeni i otumanieni, a przez to niezdolni do szanowania oraz przetwarzania tego co po nich zostało, aby “zjadaczy chleba w Aniołów przerobić.” BEZ najdrobniejszej wzmianki w środkach masowego przekazu, minęła w tym roku setna rocznica urodzin I 75 rocznica śmierci Eugeniusza Małaczewskiego, twórcy nie tylko wybitnego, ale również bardzo popularnego w II RP”
Dr Antoni Lenkiewicz zacytował jeszcze kilku wybitnych poetów i pisarzy, którzy kreślili serdeczne słowa pod adresem pisarza Eugeniusza i m.in. Zacytował co mówił w swoim nauczaniu Stefan Kardynał Wyszyński – Prymas Tysiącletniej Polski. 3 sierpnia 1962 roku, tak mówił do duchowieństwa Warszawy:

Będziemy szli najmilsi po kolana w polskim blocie, a jeśli trzeba to padniemy na twarz w to błoto, bo mamy je uświęcić (…) tak jak zapowiadał ongiś Małaczewski w “Koniu na Wzgórzu”. Upaść duchowo na ziemię polską, miłośnie ją objąć, przycisnąwszy usta I serce swoje do niej, wsłuchiwać się w głosy, które tam słychać. Może jeszcze nie słychać ich na powierzchni w gwarze, jak to określił Małaczewski – “sejmikującego życia”, ale już są w głębi serca Matki – ziemi polskiej,JUŻ IDĄ! już idą”. Czy dla współczesnych Polaków, nawet tak jednoznacznie pozytywne opinie o twórczości Małaczewskiego, jak te które wygłaszał Prymas Tysiąclecia, nie mają już żadnego znaczenia? Czy wszystko I wszystkich w Polsce mają zagłuszyć organizowane przez naszych wrogów, szumy kosmopolitycznej demoralizacji I dezinformacji? Pyta Autor przedmowy…

Eugeniusz Małaczewski urodził się 1 stycznia 1897 roku w polskim dworku szlacheckim – Kiwaczówka koło Humania na Ukrainie ale JEGO pełny życiorys znajdujemy w treści tej książeczki i to postarm się wybrać w kolejnej części tego artykułu. Chociażby takie dwa zdania samego Eugeniusza: “Wpierw odsiedziało się we wszystkich wojennych więzieniach, jakie są po drodze od Jarosławia do Archangielska. Spacerowało się po ulicach pod widelcami (…) Było się pod sądem wojennym, sądem polowym (…) Było się w końcu skazanym przez rozstrzelanie”.
W kolejnych częściach spisywanych z tej książeczki postaram się przedstawić czytelnikom to co spotykało tego jednego z najbardziej wrażliwych polskich pisarzy na jego drodze do Polski…Najgłębiej może – podkreśla dr Antoni Lenkiewicz w swojej przedmowie – istotę Twórczości Małaczewskiego przeniknął Ostap Ortwin (1876-1942): “Z dalekich stron w obcych gdzieś rubieży spoza polskich krańców starodawnym powrotnym szlakiem kibitek, dążył Małaczewski z utęsknieniem do Kraju. (…) Był z tych, którzy nie znając przedtem Ojczyzny, nie wyszli z niej, ale wracając ku niej, w sobieją dopiero odnaleźli. ”Przez litość własną (str.37) – zmiłujcie się nad sobą! Nie wstydźcie się Miłości Najwyższej, aby i Ona wreszcie przestała się wstydzić was!
Myślę nieustannie o Polsce. Cóż lepszego w tych czasach miałby Polak do myslenia? Z Miłości Najwyższej wypływa niesprzeciwianie się wszelkiemu złu. Czyżby więc Polska miała się stać zbiorową tołstojanistką, biernie dająca szyję pod bolszewicki lub pruski nóż? Nie daj tego Boże! Wydaje mi się, że źle rozumiemy czasy obecne – ideę niesprzeciowiania się. Bo czy jednak sens słów “nie sprzeciwiaj się złu rozczłonkowany duchowo, nie znaczy tyle, co przeciw złu “ja” – swego nie staw, czyli nie walcz ze złem w imię egoizmu, czy to będzie twój egoizm osobisty, czy też egoizm narodowy.
Ale walka ze złem w imię Miłości Najwyższej trwać musi I będzie. Jeśli dotychczas zwyciężyliśmy zło, działo się to dlatego, iż walczące z nami hordy przerastaliśmy zawszeo jakąś jedną piędź miłującego ducha, odmierzoną królewskim szponem ORŁA BIAŁEGO. Lecz jeśli chcemy zwyciężyć wszystko zło, musimy wpierw przeróść je duchem o całe niebotyczne Tatry.
Są ludzie, którzy nie wierzą w to, iż duch w Narodzie może się wzmóc aż do takich szczytów. Oni sprawę wiekuistą, jaką jest Polska mierzą spadkiem lub zwyżką waluty. Dla nich Polska ginie już wówczas gdy cena na artykuły pierwszej potrzeby wynosi dziś aż tyle, gdy wczoraj wynosiła tylko tyle. Są to ci sami, którzy w listopadzie 1918 roku nazywali szaleństwem wiarę w Niepodległość Ojczyzny. Oni to podczas wrażej nawały w lecie 1920 roku trwali w przerażeniu biernym, nie śmiejąc przypuścić, że stratowana do połowy Rzeczpospolita powstanie na nogi jednego dnia i nad zagrożoną Wisłą groźnie zaryczy, niby srogi Lew, okrutną moc w kościach czujący. Nie wierzyli wtedy, jakże uwierza teraz?
A jednak w powszechnym zamęcie polskiej współczesności pełni się jakiś wielki czas. Godzina nadchodzi ostateczna.
Im jest gorzej, tym będzie lepiej. Wzmoże się, wyspaniali, wybuchnie duch. Kto umie leżeć duchowo krzyżem na świętej ziemi polskiej i, obejmie ją miłośnie, słucha co się w niej dzieje – ten usłyszy jakoby niezliczone mnóstwo odmiennie bijących serc. TO MY: w nadziei zakonspirowani, legitymujący się Wiarą, zbrojni Miłością.
W zgiełku sejmikującego życia jeszcze nie słychać nas. Ale wkrótce wzmoże się w rzeszach dotkliwy wielki głód tego, co jest niezbędniejsze niż chleb powszedni. A wtedy przyjdziem my, duchem dzielni czyli się nim dzielący. JESTEŚMY W DRZWIACH.
Niejeden z nas tak, jako i ja, jest schorzałym worem cielesnym pełnym miazgi zdruzgotanych kości i zszarpanych mediów. Ale cóż na ziemi zmoże tę naszą radość ufną w to, iż nowy człowiek w nas się narodził? Ewangelia powiada: “Niewiasta, gdy rodzi, smętek ma, iż przyszła jej godzina, lecz gdy porodzi dzieciątko, już nie pamięta uciśnienia dla radości, iż się człowiek na świat narodził”. Tak I my. I dlatego w imię Miłości Najwyższej zwyciężymy świat.

I stanie się z Polską ów przełomowy dzień, jak w poranek kwietniowy bywa z gajem, który jeszcze onegdaj miał na swoich rózgach bezlistnych tylko oblepę pąków, podobnych do śpiących pszczół. Zazieleni się i rozmai naraz Polska cała wiosną ducha wybornego. Zaś ci, którzy uparcie nie wierzyli w żaden cud, choć tyle cudów w ich oczach się stało, będą zaskoczeni, jak człowiek, który w poranek kwietniowy ujrzy nagle gaj rozlistwiony wiośniście, i jak on rzekną w zdumieniu: -Jeszcze onegdaj nie było tu żadnego listka, a oto już cały gaj, bujnym listowiem bucha, niby płomieniem zielonym!
Jednak już teraz możemy rzec:
Zdziercom wszelkiego rodzaju, siedzącym niby na kupach gnoju, na stosach złupionych z bliźniego marek, których wartość zawrtonie spada w dół – politykom, sztukującym zgniłe koncepcje łatami nowych pomysłów – pisarzom , lejącym skwaśniałe wino sprzedajnych swych racji do zwiotczałych miechów zadrukowanej bibuły – artystom kunsztu wszelakiego, którym “pogańska żądza doskonalości w pięknie wyjawia serce” – tym wszystkim, wszystkim, wszystkim, którzy tyle razy oglądali, lecz żaden nie uwierzył w cud – że w Polsce powstaje plemię nowych ludzi, jakich jeszcze nie widziano. JESTEŚMY W DRZWIACH.
Eugeniusz Małaczewski

Obraz/ Jerzy Kossak ( 1886 – 1955 ) /Cud nad Wisłą 15 sierpnia 1920 roku
CDN. Opracował Antoni J. Jasinski
###################### np.pl #######################

Panie Redaktorze, przeczytałam krótki komentarz p. Miłosza. Nie wszystkie przysłowia w obecnych czasach sprawdzają się… Ale to wyraźnie mówi, że „Niedaleko pada jabłko od jabłoni…”. A ponadto ten artykuł zaliczam do pierwszej dziesiątki jakie już były opublikowane w naszympismie.pl
Pozdrawiam serdecznie.
Justyna Janicka
Nic dziwnego bo i słowa w tym artykule są śliczne – takie prawdziwie polskie.
Bez względu kiedy się je czyta i widzi oczyma mężczyzny czy polskiej kobiety.
Natalia Krupinska
Brawo, bo to plemię-to ośmieszane nowe zdrowe chrześcijańskie, kochające Polskę, i POKOLENIE tak jak swoją Matkę – uwolni o zamordyzmu, cenzury i kacykowizny władzy – na zawsze. Tak jak pisał Małaczewski i jak nauczał Prymas Tysiąclecia Stefan Kardynał Wyszyński
Urszula Talarek
„Wierzymy, że człowiek odbity [oddalony] od Polski, dość by pochwycił nozdrzami woń jej pól, aby się poczuł na powrót Polakiem. Ojcowie nasi idąc na wygnanie, nosili garść ziemi w woreczku na piersiach, aby w trumnie posypane nią oczy widziały we śnie wiecznym ojczyznę. W ten sposób przyroda już nie przez zmyślenie chłodnej panpsychy, ale przez pojęcie związku organicznego współżycia, związku krwi, wzięła w siebie ducha i nabrała nowej godności”
/Pawlikowski G. J., 1913. Kultura a natura
Pokolenie JP II
Ja ciągle wierzę w tą przepowiednię, że to Pokolenie władzę w mojej Ojczyźnie przejmie jak w ćzasach walki o Niepodległość Polski.
I niech tak będzie!
Anna Jagodzinka