CZ. 6.LEKARZ ŚWIADEK CUDÓW
AUTOR: DR ANDRZEJ CHODACKI
Motto: „Głównym celem życia jest powiększać zgodnie z naszymi zdolnościami, naszą wiedzę o Bogu i pod Jego wpływem wielbić Go oraz Mu dziękować”. J.R.R. Tolkien
Książka „Lekarz Świadek Cudów”, której autorem jest dr Andrzej Chodacki została wydana nakładem Wydawnictwa Petrus z Krakowa – rok wydania 2023 ( wznowienie 2024): https://www.wydawnictwopetrus.pl/
MISJA

Dziwne przynaglenie nękało mnie od dłuższego czasu. Żeby pójść do mojego kolegi lekarza i ostrzec go, że jeśli nie zmieni swego życia, zginie. Wiedziałem o ciężkiej chorobie, z którą walczył. Ile razy widziałem tego biedaka na szpitalnych korytarzach, tyle razy docierało do mnie, że muszę mu to powiedzieć. To dopiero misja. Powiedzieć lekarzowi, który umiera, że może zostać uratowany, jeśli mnie posłucha.
Zaraz mnie wyśle do psychiatry – myślałem wtedy i nie byłbym mocno zdziwiony, gdyby na moje słowa tak właśnie zareagował. Ale przynaglenie nie odpuszczało. Widać bardzo zależało komuś na ratowaniu tego biedaka, który ostatnie lata życia zmarnował na gromadzeniu dóbr i kupowaniu coraz to droższych samochodów. Przy tym jako lekarz… cóż, nie wypada wspominać. Przynaglenie chodziło za mną bez przerwy. Wreszcie zobaczyłem go, jak wchodzi do swojego gabinetu i z bijącym sercem zapukałem do drzwi.
Pierwsze słowa jakie do niego skierowałem, to próba przygotowania tego człowieka na to, co za chwilę usłyszy. Bo przecież przez całe swoje życie nie słyszał pewnie czegoś bardziej niedorzecznego. Że oto Bóg proponuje mu ratunek, jeśli posłucha tego, co mu mam do powiedzenia. Słuchał i milczał. Ja mówiłem. Delikatnie przedstawiałem mu tę niezwykłą propozycję. Milczał z coraz większą rezerwą, potem dostrzegłem na jego twarzy coś, co zmroziło moje serce – pogardę. Trzykrotnie przytoczyłem sceny z Ewangelii zapewniając go, że jeśli mnie posłucha, będzie żył. Natrafiłem jednak na opór i wycofanie. Wyszedłem z gabinetu w przekonaniu, że uznał mnie za wariata. Potem jeszcze kilka razy widziałem go w tych jego drogich samochodach. Dwa miesiące później dowiedziałem się o jego śmierci. Czy żyłby, gdyby wtedy posłuchał? Jestem pewny, że tak. Na pewno byłby biedniejszy, może nawet nazwano by go głupcem. Tak się jednak nie stało. Oby dobry Bóg był wyrozumiały dla tego biedaka, którego zabiła nie choroba, ale pycha.
^^^
CZłOWIEK OŻYł
Co tam się stało? Człowiek ożył.
Wczoraj umierał, zwłoki prawie,
dzisiaj do domu się wybiera,
po tym, jak rano oczy otworzył.
Jak to sie stało?
Cud Boży.
^^^
Sen na jawie.

Pan Winicjusz trafił na mój dyżur w ciężkim stanie. Rak prostaty z licznymi przerzutami do kośści, ostra niewydolność nerek i paskudna zmiana w tkance podskórnej nogi, która już po wstępnych badaniach okazała się zródłem sepsy. Trzy śmiertelne choroby naraz, to za dużo na jednego człowieka. Pierwsze dni leczenia pokazały, że antybiotyki nie działają, a niewydolność nerek się pogłębia. Po tygodniu, pomimo intensywnego leczenia, pacjent zaczał tracić kontakt z otoczeniem. Wyniki badań nie pozostawiały złudzeń. Winicjusz umierał. Pamietam, że były przy nim cały czas żona i córka.
Ciche, rozmodlone, troskliwe. Opowiadały mi o nim, źe to jest bardzo dobry człowiek. Dwoiłem się i troiłem, by mu pomóc. Niestety, w czwartek zapadł w śpiączke, a gdy w piątek rano zobaczyłem wyniki badań, zaczałem przygotowywać rodzinę na jego śmierć.
Sprawa była ewidentna, że nie da się wydostać z tak zaawansowanego wstrząsu septycznego, który nie reaguje na najmocniejsze antybiotyki (Vancomycin i Meronem), chory żył tylko dzięki sztucznemu utrzymywaniu cisnienia na aminach presyjnych. Tego dnia, w piątek, widząc jego maskowatą twarz, brak reakcji na ból, wiedziałem, że w poniedziałek nie zobaczę go już w oddziale.
Pożegnałem zapłakane kobiety i poszedłem do domu. Gdy w poniedziałek przed godziną 8.00 pojawiłem si w pracy, zobaczyłem żonę Winicjusza przed gabinetem. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, to że kobieta pewnie odbiera karte zgonu męża. Jakież było moje zdziwienie, gdy oznajmiła mi z radością:
– Doktorze, on siedzi i rozmawia, dziś zaczał jeść.
Uśmiechnąłem się głupawo i zdawkowo odpowiedziałem – To wspaniale – po czym szybko, jeszcze przed odprawą z ordynatorem, zajrzałem do wyników badań chorego. Od piątkowego popołudnia nastapiło coś niesłychanego. Wszystkie wyniki zaczeły się poprawiać. Jakby ktoś w ciemnym pokoju nagle włączył swiatło. Po odprawie poszedłem do swoich chorych, wymieniając z pozostałymi lekarzami uwagi na temat niezwykłego wydarzenia w oddziale. Wszyscy, łącznie z ordynatorem, byli tak samo zdziwieni. Czasem, żeby rozładować stres, używamy takiego sformułowania na podobne sytuacje:
„Jak człowiek się uprze, żeby żyć, to medycyna jest bezsilna”.
Oczywiście, potraktujmy to w tym miejscu żartobliwie. Tymczasem Winicjusz wcale nie żartował z tym swoim uzdrowieniem. Siedział w najlepsze na swojej sali i uśmiechał się do mnie, za nic mając rokowanie sprzed trzech dni. Tak. Przez cały rok nie widziałem czegoś tak niezwykłego. Winicjusz ożył. Po prostu ożył. Tydzien potem wyszedł o własnych siłach do domu, a po miesiącu przyjechał do mnie do gabinetu. Nie poznałem go. Nie przypominał zwłok, które leżaly na szpitalnym łóżku w dniu, w którym zaczeło się jego uzdrowienie. Ta opowieść nie pasuje do tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Ale cud to cud. Czy nam się to podoba czy nie, to nie my decydujemy kto przeżyje, a kto umrze.
Winicjusz żyje do dziś. I opowiada wszystkim jak został uratowany w sposób cudowny przed śmiercią. A ja byłem tego świadkiem i mam na to dowody. Twarde i niezbite, których nie podważy żaden profesor medycyny.
DR ANDRZEJ CHODACKI

Dr Andrzej Chodacki ordynator Oddziału Chorób Wewnętrznych Szpitala Parczew.
Autor dwunastu książek własnych z poezją i prozą, współautor ponad trzydziestu innych książek i albumów fotograficznych.
Laureat pięćdziesięciu pięciu konkursów literackich i fotograficznych. Publikował w licznych magazynach literackich w Polsce i na całym świecie. (Vide: cz.1) CDN.
Oprac. ADMIN
########################## np.pl ##########################
