CZ. 14. LEKARZ ŚWIADEK CUDÓW…

Motto: „Głównym celem życia jest powiększać zgodnie z naszymi zdolnościami, naszą wiedzę o Bogu i pod Jego wpływem wielbić Go oraz Mu dziękować”. J.R.R. Tolkien

Ksiązka Lekarz Swiadek Cudów została wydana nakładem Wydawnictwa Petrus z Krakowa – rok wydania 2023 ( wznowienie 2024): https://www.wydawnictwopetrus.pl

Składam podziękowania na ręce Pana Doktora Pawła Piotrowskiego, Dyrektora Wydawnictwa Petrus, za wszelką życzliwość oraz wiele lat promocji wartości ogólnoludzkich i chrześcijańskich w wydawanych przez Wydawnictwo Petrus książkach,

AUTOR: DR ANDRZEJ CHODACKI

WALKA

1.

Walczyli o jego życie. Początkowo agresywnie, szpi­tal, operacja, chemioterapia. Najpierw wśród pełnych nadziei słów chirurga, potem ze złowieszczym piętnem słowa „paliatywny”. Słabł. Pojechali na mszę uzdrowienia do Częstochowy. Tam ksiądz, święty człowiek, położył ręce na jego głowie, chwilę się modlił i wypowiedział tylko dwa słowa: – Przygotuj się.

Spojrzał na chorego pełnymi ciepła oczami i wyko­nał nad nim znak krzyża. Kilka dni było lepiej. Potem on i rodzina usiedli wieczorem do kolacji. On prosił ich o wybaczenie za wszystko, co było z jego strony złe. Oni prosili o to samo. Z płaczem padli sobie w objęcia. Potem modlili się wspólnie. Ostatnią spowiedź z całego życia odbył już w szpitalu. Trzy dni przed śmiercią po­prosił o wypis, by umrzeć w domu, wśród swoich.

Walczył o życie, a śmierć stała się częścią tej walki. Bóg dał mu świadomość umierania i pogodzenie z nie­uchronnym. Bolało go, ale nie cierpiał.

Walka o jej życie zaczęła się kilka lat wcześniej, zanim pojawiły się objawy choroby. Zaprzyjaźniony ksiądz podczas spowiedzi zaklinał ją, by zaprzestała chodzenia do bioenergoterapeutów i by nie leczyła wnuków home­opatią. Że to diabelstwo.

Prześwietlenie kręgosłupa było jak uderzenie obu­chem siekiery w głowę. Przerzuty raka zniszczyły już trzy kręgi. Ognisko pierwotne nieznane, ale jakie to ma wtedy znaczenie? Dzieci odmówiły przyjazdu z Anglii, by się nią zająć. Kilka telefonów uświadomiło jej, że źle je wychowała. One patrzyły na to inaczej. Pojechała do wróżki. Po seansie zaczęły się lęki. Spró­bowała szantażu majątkiem. Dzieci odpowiedziały, że może wszystko zapisać na schronisko dla psów.

Do hospicjum trafiła na sześć miesięcy od rozpozna­nia rozsiewu choroby. Gdy ksiądz przychodził z Panem Jezusem, odwracała głowę. Znieczulona morfiną cier­piała katusze.

Walczyła o życie, ale jej walka okazała się tylko przed­sionkiem ciemności. Umarła o trzeciej w nocy. Ciała nie odebrał nikt.

^^^

ROZMOWY O WAŻNYCH SPRAWACH

2.^

Silny mężczyzna. Tak wysoki, że nie mieścil się na szpitalnym lóżku, choć upływ czasu zabrał mu już pewnie kilkanaście centymetrów. Leżał i płakał. Otarł się o śmierć, a nie był na to spotkanie przygotowany. Doświadczenie umierania, tak trudne i obce, zastało go z daleka od rodzinnego domu, od znajomego zapachu powietrza, od kojącego cienia ogromnych lip, które sa­dził jego dziadek.

Gdy otworzył oczy, wszystko było białe, ale to nie było niebo, bo nad jego glową zwisały kable i monitory. Wtedy uświadomił sobie, co się stało, i zaczał płakać.

Wśród lekarzy, którzy weszli na reanimacyjna salę był taki, który nie planował daleko. Starał się dziękować Bogu za dziś i nie prosić o wiele. Doświadczenia życia kierują ludzki umysł ku przemyśleniom o śmierci, gdy więc stanał nad płaczącym pacjentem, wiedział, jak mu pomóc. Trzymał go za ręce, głaskał po głowie, mówił dobre słowa o ważnych sprawach. Pozwolił wesprzeć się choremu człowiekowi na swoim ramieniu, by ten mógł, po tylu latach cieżkiego życia, pozwolić sobie na bycie słabym choć przez te krótką chwilę. By okrzepł w tej sła­bości, a potem się z nią pogodził. Chory nie dziękował za to. Nie było potrzeby. Spojrzał tylko w oczy lekarza i to spojrzenie wystarczyło obu za rozmowę. Rozmowę o życiu i umieraniu. Od tego dnia meżczyzna przyjał postawę gotowości. I nie planował już jak dawniej.

^^^

SŁOWO LECZĄCE

3^^^

W klinice panował spory ruch. Rozpoczynano nowe badania naukowe, dwóch młodych lekarzy miało dziś bronić prace doktorskie. Profesor i adiunkci zajęci byli przygotowaniem referatów na międzynarodowe sympo­zjum medyczne.

Na tę chwilę trafił do kliniki pan Roman, drwal, co kie­dyś podkowy własnymi rękami łamał, dopóki nie zamie­niono koni pociągowych na mechaniczne. Leżał teraz jak kłoda na klinicznym łóżku i nie miał sił, by podnieść głowę.

Przychodzili do jego sali młodsi asystenci i zlecali co­raz bardziej wymyślne badania, by wykryć, co odebrało temu człowiekowi siły. Nic. Zdrowy jak koń pociągowy. Potem konsultowali go specjaliści różnych dziedzin, zle­cając swoje badania. Także nic, żadnych chorób. Po ty­godniu nieudanych prób zdiagnozowania kłopotliwego pacjenta kliniczne grono lekarskie orzekło: Nie wiemy, co mu jest.

Tego dnia ze zwolnienia wróciła pani Ewa, kuchen­kowa, którą uwielbiali zarówno pacjenci, jak i staży­ści kliniki. Dla każdego napotkanego człowieka miała zawsze dobre słowo. Nie przeszła obok łóżka chorego bez uśmiechu. Do sali pana Romana dotarła około dziewiątej, z pierwszym po swojej długiej nieobecności śniadaniem. Postawiła na szafce talerz z zupą mleczną i spojrzała na wpatrzonego w sufit człowieka. Zerknęła na kartę gorączkową.

– Panie Romanie, trzeba jeść – dotknęła delikatnie zimnej dłoni mężczyzny.

Pacjent zwrócił w jej stronę zgasłe, szkliste oczy. Nie otworzył nawet spierzchniętych ust, ale ona już wiedzia­ła. Sięgnęła do kieszeni i wyjęła różaniec. Taki zwyczaj­ny, z tanich koralików, przyozdobiony małym plastiko­wym krzyżykiem.

– Tamto się nie wróci – powiedziała do niego – a żyć trzeba, by Boga chwalić, bo jest za co.

Tylko tych kilka słów, po których ruszyła dalej, stukając garami i rozdając uśmiechy przy każdym postawionym talerzu zupy, każdym nalanym kubku herbaty.

Pan Roman spojrzał na dłoń ozdobioną teraz poda­rowanym różańcem. Powoli podniósł głowę, po czym z grymasem bólu na twarzy wsparł się na łokciach. Po­tem usiadł i rozejrzał się po sali.

Na drugi dzień w gabinecie odpraw lekarskich aż wrzało od domysłów, jako to się stało, że ledwie żywy pacjent z dnia na dzień wstał na nogi i zaczął jeść.

DR ANDRZEJ CHODACKI

5 ^^^^^

Dr Andrzej Chodacki ordynator Oddziału Chorób Wewnętrznych Szpitala Parczew. Autor dwunastu książek własnych z poezją i prozą, współautor ponad trzydziestu.

 Z zamiłowania i pasji pisarz, fotografik, muzyk i kompozytor muzyki symfonicznej do Requiem dla Odkupiciela i Pieśni Zmartwychwstałego. Laureat pięćdziesięciu pięciu konkursów literackich i fotograficznych. Publikował w lcznych magazynach literackich w Polsce i na całym świecie. (Vide: cz.1CDN.

Oprac. ADMIN

####################### np.pl ######################

Śledź i polub nas:
3 komentarze

Dodaj Komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *