CZ.15. LEKARZ ŚWIADEK CUDÓW

AUTOR: DR ANDRZEJ CHODACKI

Motto: „Głównym celem życia jest powiększać zgodnie z naszymi zdolnościami, naszą wiedzę o Bogu i pod Jego wpływem wielbić Go oraz Mu dziękować”. J.R.R. Tolkien

Ksiązka Lekarz Swiadek Cudów została wydana nakładem Wydawnictwa Petrus z Krakowa – rok wydania 2023 ( wznowienie 2024): https://www.wydawnictwopetrus.pl/

Składam podziękowania na ręce Pana Doktora Pawła Piotrowskiego, Dyrektora Wydawnictwa Petrus, za wszelką życzliwość oraz wiele lat promocji wartości ogólnoludzkich i chrześcijańskich w wydawanych przez Wydawnictwo Petrus książkach,

JESZCZE ŻYJĘ

1 ^

Obudziłem się późno. Otworzyłem oczy. Coś gra za oknem. Akordeon. Strasznie fałszuje. W niebie chyba by nikt nie fałszował tak okropnie? Desperacki akt prze­mocy przeciwko muzyce.

Ktoś krzyczał przez okno. Nie powtórzę słów, bo wstyd. Powrócił ból. Pierwsze tabletki łyknąłem przed zjedzeniem czegokolwiek. Niewiele pomogło. Wmuszać w siebie śniadanie czy łykać następne tabletki? Ot, jakie dylematy ma człowiek pod koniec życia. Teraz łatwiej jest zrozumieć tych, którzy wyglądają śmierci jak wy­bawienia.

Kiedyś się obudzę i usłyszę prawdziwą muzykę. Gra­ną z miłości do Boga na anielskich harfach. Ból nie po­wróci, ani głód czy lęk. Włączę się w ten śpiew i będę śpiewał bez końca, bo słońce nie zajdzie, a ciemność nie sprowadzi zmęczenia.

Dziś… Nie wiadomo, ile jeszcze tego będzie? Czy wyśpiewam cokolwiek, czy dam radę? Bo dziś ciągle… Jeszcze żyję.

TERAPEUTA

2 ^

– Pewnie pan nie wie, ale ja zakładałem pierwsze koła AA w rejonie – pan Winnicjusz, lat pięćdziesiąt wyglądający na siedemdziesiąt, rozparł się wygodnie na szpitalnym łóżku, na ile dało się wygodnie usiąść mając potężne wodobrzusze. Wykończona alkoholem wątro­ba pana Winnicjusza umierała właśnie, a zaraz za nią świat ten będzie musiał opuścić jej właściciel. Tymcza­sowo jednak pacjent był z siebie zadowolony. Z brzu­cha spuszczono mu już osiem litrów wody, więc mógł bez pomocy dojść do łazienki. Nowa nadzieja wstąpiła w niego. Nadzieja, że niedługo znów będzie mógł się napić.

Wystraszona żona i matka przychodziły codziennie. Był nawet raz znajomy psychiatra, proponował leczenie odwykowe, ale mężczyzna grzecznie odmówił. On, tera­peuta miałby się ośmieszać w grupie ochlaptusów? Po­mysł poniżej krytyki. Podkuruje się, ciągle przecież ma nad alkoholem władzę. Może przestać pić, kiedy tylko zechce. Szkolił tylu ludzi, by skuteczniej walczyli z na­łogiem, poradzi sobie sam.

– No to ma pan o czym pogadać – dywagacje al­koholika uciął lekarz, który dobrze znał życie. Zajrzał w mętne oczy Winnicjusza i nie dostrzegł nawet śladu przerażenia czy lęku.

Alkohol ma cię w swoich szponach – pomyślał, a do­dał głośno:

– No to ma pan o czym pogadać z kolegami przy piwie.

Gdy wychodził z sali, odprowadziło go krytyczne spojrzenie pacjenta.

O czym ten lekarz gada? Nie zna podstawowych za­sad wychodzenia z nałogu!

JULKA

3 ^

– Moja Julka jest taka zdolna, panie doktorze – za­pewniała Ewa, młoda blondynka, przekrzywiając głowę, jakby swędziało ją ucho – już w przedszkolu była ponad wiek, panie mówiły, że to taka gwiazda pośród innych dzieci. Jak organizowały wieczorek, Julcia zawsze pierw­sza recytowała wiersze. Jak ona pięknie mówi, panie doktorze, cała sala słuchała z otwartymi ustami…

– Proszę pani – przerwał potok jej słów lekarz pro­wadzący obchód. – Ale, panie doktorze – znów nerwowo przejęła ini­cjatywę kobieta – proszę mi pozwolić dokończyć, to po­trwa tylko chwilę… Potem w podstawówce przeskoczyła jedną klasę, bo panie mówiły, że to bez sensu, żeby takie zdolne dziecko marnowało czas. Dziś Julka ma urodzi­ny… – Dziewczyna przerwała nagle i utkwiła wzrok su­ficie. Lekarze popatrzyli na siebie.

– Utrzymujemy leczenie – wymienili ciche spostrze­żenia – na razie bez poprawy.

– A pasy, doktorze – zapytała oddziałowa, sprawdza­jąc, czy skórzane więzy na dłoniach dobrze trzymają.

– Przedłużymy – potwierdził lekarz prowadzący – wczoraj, jak ją rozwiązaliśmy, to od razu otworzyła okno, dobrze, że kraty są.

Gdy obchód dobiegł końca i sznur białych fartuchów opuścił izolatkę, młody stażysta, który dziś właśnie roz­począł naukę w klinice psychiatrii, zapytał jednej z pie­lęgniarek:

– A kto to jest ta Julka, jej córka?

– Ona nie ma dzieci – odpowiedziała pielęgniarka, a widząc niezrozumienie w oczach lekarza dodała – pięć lat temu zrobiła aborcję, to była dziewczynka, teraz w każdą rocznicę trafia do nas i jest z nią coraz gorzej. Dwa razy już próbowała się zabić.

Stażysta zajrzał jeszcze raz do sali. Młoda, piękna ko­bieta przywiązana pasami do łóżka, wpatrywała się dalej w sufit. Po jej twarzy ciekły łzy i wsiąkały w poduszkę.

ODPADY Z DZIECI

4. ^

Spalarnia odpadów medycznych w ogromnym war­szawskim szpitalu nie była przyjemnym miejscem. Pan Zenon, pracownik spalarni, przyzwyczaił się już do smrodu i samotności. I pewnie ten okropny swąd palo­nych ludzkich narządów i tkanek był jedną z przyczyn, dla których nikt go tu nie odwiedzał. Stąd zdziwienie pana Zenona, gdy pewnego dnia rano w drzwiach od strony windy pojawiła się u niego ubrana w szlafrok młoda dziewczyna. Właśnie wrzucił do pieca dwa duże, czerwone worki z odpadami i ryglował skrupulatnie drzwiczki.

Od lat nie zaglądał do tych worków. Miał w tym względzie żelazne zasady. Kiedyś, na początku swojej pracy w klinice, zajrzał do jednego z nich. Z przera­żeniem zobaczył w środku dwie odcięte dziecięce dło­nie leżące na czymś, co przypominało zmasakrowaną twarzyczkę. Od tej pory nigdy nie zajrzał do wnętrza worków, które palił. Kolejne dwa worki dostarczone ze stołecznej kliniki ginekologii paliły się więc, gdy czar­nowłosa, drobna dziewczyna stanęła przed nim w jego spalarni.

Kogoś pani szuka? – zapytał, starając się uśmiech­nąć niejako na usprawiedliwienie, bo wiedział, jak lu­dzie reagują na nieznośny fetor. Podszedł bliżej i do­strzegł pustkę w jej nieobecnych oczach.

– Mojej córeczki – cicho odpowiedziała dziewczyna. – Nie widział pan mojej córeczki?

– Pediatria jest na drugim piętrze, proszę pani – ma­chinalnie wyjaśnił Zenon, ale gdy zauważył jej powięk­szony brzuch i błędny wzrok, mimochodem spojrzał na drzwiczki rozgrzanego do czerwoności pieca.

– Taka malutka… miała się urodzić i nie ma jej… – dziewczyna gubiła się, stąpając z nogi na nogę. Teraz do­piero mężczyzna zobaczył, że ma bose stopy.

Pani poczeka – uspokajał ją. – Poszukamy córecz­ki, pani siądzie – wskazał jej odrapane krzesło. Szybko wykręcił numer na psychiatrię.

– Heniu, cześć – zaczął, zerkając, czy dziewczyna jesz­cze jest. – Nie zginęła wam pacjentka? Nie? To na razie.

Odłożył słuchawkę i spojrzał na młodą kobietę. Przypomniał sobie małe rączki, które zobaczył kiedyś w worku na medyczne odpady. Po czym z ciężkim ser­cem wykręcił numer kliniki ginekologii.

ANDRZEJ CHODACKI

DR ANDRZEJ CHODACKI

Dr Andrzej Chodacki ordynator Oddziału Chorób Wewnętrznych Szpitala Parczew.

Autor dwunastu książek własnych z poezją i prozą, współautor ponad trzydziestu.

 Z zamiłowania i pasji pisarz, fotografik, muzyk i kompozytor muzyki symfonicznej do Requiem dla Odkupiciela i Pieśni Zmartwychwstałego.

Laureat pięćdziesięciu pięciu konkursów literackich i fotograficznych. Publikował w lcznych magazynach literackich w Polsce i na całym świecie. (Vide: cz.1CDN.

Oprac. ADMIN

########################## np.pl #########################

Śledź i polub nas:

Dodaj Komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *