CZ.16. LEKARZ ŚWIADEK CUDÓW

AUTOR; DR ANDRZEJ CHODACKI

Motto: „Głównym celem życia jest powiększać zgodnie z naszymi zdolnościami, naszą wiedzę o Bogu i pod Jego wpływem wielbić Go oraz Mu dziękować”. J.R.R. Tolkien

Książka Lekarz Swiadek Cudów została wydana nakładem Wydawnictwa Petrus z Krakowa – rok wydania 2023 ( wznowienie 2024): https://www.wydawnictwopetrus.pl/

Składam podziękowania na ręce Pana Doktora Pawła Piotrowskiego, Dyrektora Wydawnictwa Petrus, za wszelką życzliwość oraz wiele lat promocji wartości ogólnoludzkich i chrześcijańskich w wydawanych przez Wydawnictwo Petrus książkach,

IMPERATYW POJEDNANIA

1.

Od rana na oddziale panował zamęt typowy dla po­niedziałku. W gabinecie nie skończył się jeszcze raport z poprzedniego dyżuru, gdy do szpitala wjechały dwie karetki z hasłem „pacjent w ciężkim stanie”. Nie lubił tego. Ale wstał i powędrował na izbę przyjęć. Jeden czło­wiek był kompletnie pijany, drugi miał rozbitą głowę. Dobrze się zaczyna – pomyślał i zaraz przypomniał so­bie, jak któryś z kolegów zażartował kiedyś: – Jeśli nie jesteś kobietą w zaawansowanej ciąży, dzieckiem lub nie masz jawnego krwotoku, to jesteś kierowany do naszego oddziału. Pobożne życzenia – złościł się w myśli, badając śmierdzącego mieszaniną brudu i alkoholu mężczyznę. Uroki powiatowego szpitala roztaczały przed nim bliską perspektywę totalnego wypalenia zawodowego.

Poranny obchód w pośpiechu i ten strach pod skórą, że zaraz kogoś przywiozą z zawałem lub blokiem do sty­mulacji. Szukając ordynatora, w czasie obchodu zupełnie przypadkiem trafił na salę pana Kazimierza. Pamiętał do­brze, że to mąż pracującej w szpitalu pielęgniarki. Stała pod drzwiami sali z oczami zaczerwienionymi od łez.

– Co tam, pani Zdzisiu? – zagadnął z uśmiechem, lecz widząc te oczy, przystanął zaniepokojony.

– Kazik jest u was od wczoraj – wyszeptała zdławio­nym głosem. – Nie jest dobrze, doktorze.

Wszedł na salę i skierował się do grupy lekarzy przy jednym z łóżek. Spojrzał na kartę gorączkową – Kazi­mierz Grodziński, lat pięćdziesiąt sześć. Leżący na łóżku człowiek miał wystraszone oczy, wyglądał na siedem­dziesiątkę. Żółtymi od papierosów palcami przytrzymy­wał koszulę, gdy lekarze osłuchiwali jego serce. Kiedy ordynator skierował swoje kroki do następnego łóżka, podszedł bliżej.

– Witam, panie Kazimierzu – uśmiechnął się, przy­siadając na łóżku.

– Dzień dobry, doktorze – Grodziński rozpoznał go.

Pamiętał pana Kazimierza z poradni, gdzie tyle lat starał się nakłonić go do rzucenia palenia. Ostatnio zniknął mu z oczu, a dziś po prostu w pierwszej chwi­li nie poznał tego człowieka. Choroba pustoszyła jego organizm w zastraszającym tempie. Lekarz nie miał sumienia wracać do tamtych nieprzyjemnych czasem spotkań. Nie kopie się leżącego.

– Co mi jest, doktorze? – zapytał cicho Grodziński.

Chwila ciszy, lekarz się zastanawiał, jak przedstawić sytuację.

– Przyjdę do pana później – wyszeptał, wiedząc, że nie skończy się na kilku słowach wyjaśnienia.

Pacjenci zostali zbadani i sznur lekarzy powędrował dalej. Jego szybko odłączono od tego ogonka, bo na­stępna karetka czekała na izbie przyjęć. Potem bada­nia, wypisy i nowe skierowania na oddział. Tak było cały dzień. Po dwunastu godzinach takiego kołowrotu, gdy okazało się, że zapomniał zjeść obiadu, wyczerpa­ny przysiadł na chwilę w gabinecie. Kolacja zjedzona naprędce, potem kilka wizyt na R-ce, gdzie wyprowa­dzał na prostą starszą panią z obrzękiem płuc. Znów karetki, skierowania, interwencje na oddziale. Szybko zrobiła się ciemna noc. Zapomniał o obietnicy danej pacjentowi. Położył się na chwilę, by podrzemać nie­spokojnym snem. Ale noc okazała się taka sama jak dzień. Chorzy spływali szerokim potokiem, bo szpital powiatowy w małym mieście był jedynym miejscem, gdzie ludzie mogli liczyć na fachową pomoc. Naliczył dwadzieścia cztery skierowania. Ranek przyniósł jedyną dobrą nowinę – że za pół godziny zda dyżur i będzie mógł wreszcie wydostać się z tego kieratu.

Zmiennik spóźniał się, co zawsze wyprowadzało go z równowagi. Powstrzymał się od złośliwego komenta­rza i szybko przedstawił całą dobę swojej działalności

.– Z ulgą wypowiedział sakramentalne słowa „stan po­zostałych chorych bez istotnych zmian, dyżur przeka­zuję ..”.

Męczyła go jednak jakaś niedokończona sprawa. Szukał w swoich notatkach, gdzie zapisywał ważne rze­czy do sprawdzenia w czasie dyżuru.

Wszystko skreślone, czyli załatwione – pomyślał i szybko opuścił oddział, wsiadł do samochodu i ruszył w drogę powrotną. Po przejechaniu trzydziestu kilome­trów dotarło do niego to, co nie dawało mu spokoju od rana. Miał porozmawiać z Grodzińskim. Obiecał sobie, że pojedzie do niego następnego dnia.

We wtorek od rana obowiązki w ambulatorium przeciągnęły się do późnych godzin popołudniowych. Mimo to po 17.30 pojechał odwiedzić pana Kazimie­rza. Szpital o tej porze wyglądał na wyludniony, a od­dział zdawał się oszukiwać odwiedzających pozornym spokojem. Swoje kroki skierował wprost na salę numer 3, gdzie leżał jego pacjent. Nie zastał go tam jednak. Dowiedziawszy się, że Grodziński został przeniesiony do izolatki na końcu oddziału, zaniepokoił się. Tam le­żeli często pacjenci w stanie terminalnym. Wszedł do sali i dostrzegł pana Kazimierza leżącego z zamkniętymi oczami. Obok łóżka stała Zdzisia, jego żona. Podszedł i dotknął ręki leżącego.

– Śpi? – zapytał cicho kobiety, ale kiedy zobaczył wy­raz jej twarzy, domyślił się, że jest o wiele gorzej. Jej mąż umierał. Pani Zdzisia szlochała, wycierając nos w chus­teczkę.

– On tak na pana czekał – powiedziała przez łzy.

– Naprawdę nie mogłem, pani Zdzisiu, widziała pani, co się wczoraj działo – próbował się tłumaczyć, choć czuł, że się tylko pogrąża.

– On się buntował, kiedy się dowiedział, że to rak – szlochała kobieta. – Nie mógł się pogodzić, że tak szyb­ko traci siły.

– Wiem, pani Zdzisiu – pocieszał ją lekarz, jakby chcąc wziąć na siebie część tego brzemienia.

– Ale dzisiaj rano – jej twarz przejaśniała na chwilę – kiedy już nie miał sił, by się podnieść, powiedział… – zawiesiła głos, spoglądając w oczy doktora – powiedział: „jeśli taka wola Boga, to niech się stanie” – dokończyła, głaszcząc głowę męża.

Łzy napłynęły do oczu lekarza same. Chciał gdzieś to ukryć, zdusić w sobie. Po tylu latach pracy, tylu po­chowanych pacjentach, dziś płacze nad jednym z nich. Nie odezwał się ani słowem. Ostatni raz położył dłoń na czole umierającego i wyszedł z sali. Kawałek po ka­wałku umierał dla świata, wraz z każdym dobrym czło­wiekiem, którego tu tracił. Zapadał się w tę krainę wy­pełnioną pamięcią ludzi z przeszłości, których los ciągle przypominał mu, ile jest wart jego pęd do zdobywania. Jak skazaniec, ze spuszczoną głową, uciekał korytarzem rozświetlonym czerwienią popołudnia.

Dokąd podążał? Do śmierci, oczywiście. Śmierć będzie czekać na niego na końcu tego korytarza. Dziś przejdzie jednak obok, zajrzy mu w oczy z wyrzutem, po czym obejmie słabością tego człowieka z izolatki.

Kiedyś zatrzyma się przed nim i rozłoży ramiona w geście bezwarunkowego powitania.

#^# ^#

Dr Andrzej Chodacki ordynator Oddziału Chorób Wewnętrznych Szpitala Parczew.

Autor dwunastu książek własnych z poezją i prozą, współautor ponad trzydziestu.

 Z zamiłowania i pasji pisarz, fotografik, muzyk i kompozytor muzyki symfonicznej do Requiem dla Odkupiciela i Pieśni Zmartwychwstałego.

Laureat pięćdziesięciu pięciu konkursów literackich i fotograficznych. Publikował w lcznych magazynach literackich w Polsce i na całym świecie. (Vide: cz.1CDN.

Oprac. ADMIN

###################### np.pl ######################

Śledź i polub nas:

Dodaj Komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *