Cz 17. LEKARZ SWIADEK CUDÓW

AUTOR: DR ANDRZEJ CHODACKI

Motto: „Głównym celem życia jest powiększać zgodnie z naszymi zdolnościami, naszą wiedzę o Bogu i pod Jego wpływem wielbić Go oraz Mu dziękować”. J.R.R. Tolkien

Książka Lekarz Swiadek Cudów została wydana nakładem Wydawnictwa Petrus z Krakowa – rok wydania 2023 ( wznowienie 2024): https://www.wydawnictwopetrus.pl/

Składam podziękowania na ręce Pana Doktora Pawła Piotrowskiego, Dyrektora Wydawnictwa Petrus, za wszelką życzliwość oraz wiele lat promocji wartości ogólnoludzkich i chrześcijańskich w wydawanych przez Wydawnictwo Petrus książkach,

ZŁOTA GODZINA

1.

Chmury podniecone radośnie przedwiosenną gonitwą bawiły się w chowanego z pomarańczowym słońcem. Raz za razem ciepła łuna spływała na świat, głaszcząc przy­gniecione trawy ulizane przez śnieg. Dzień kończył się pięknie, więc Stefcia postanowiła wyjechać ze Staśkiem do ogrodu. Z niemałym trudem ubierała go, mówiąc do niego cały czas, jakby ciągle miała nadzieję, że jej mąż kiedyś wstanie z wózka i odpowie jej, przytuli. Mężczyzna siedzący na kanapie odzywał się tylko z rzadka, prosząc zwykle wtedy o dodatkową tabletkę środka przeciwbólo­wego lub leku na duszność. Choroba dokonała totalnej degradacji w ciele i umyśle tego energicznego kiedyś czło­wieka. Długi czas leczył ludzi dotkniętych takimi choro­bami i nawet mówiono o nim, że jest naprawdę dobry. Teraz ledwo uszedł z życiem, gdy żelazna obręcz zacisnęła się wokół jego własnego serca.

Stefcia nie narzekała jednak zbyt mocno. Przecież jednak żył, ciągle był obok. Niedołężny, zapominający słowa, upuszczający przedmioty, ale ciągle był.

Stali już przed wielkimi drzwiami salonu otwiera­nymi w stronę ogrodu. Zawiązując mu szalik, pomy­ślała o swojej przyjaciółce, Krysi, której mąż nie miał tyle szczęścia. Znaleziono go martwego w warsztacie na działce. To także był ciężki zawał. Krysia powiedziała potem coś, co zapadło jej mocno w pamięć.

– Wiesz, Stefa – tak zwracała się do niej przyjaciółka – mój sąsiad jest niewidomy. Codziennie widzę, jak jego żona i córka prowadzą go przed blok, by posiedział na ła­weczce, pooddychał świeżym powietrzem. Niechby mój Heniek nawet był niewidomy, nawet na wózku. Opiekowałabym się nim, niechby nawet… – tu Krysi zwykle łamał się głos i łzy ciekły po policzkach. Gdy Stasiek jest w gorszej formie i ma trudności z podniesieniem się z łóżka, Stefania przypomina sobie te słowa i jest wtedy mocniejsza. Dziękuje Bogu za kolejny dzień spędzony wspólnie. Za to, że zima ustępuje i piękne słońce ogrze­wa kojącą przestrzeń ich ukochanego ogrodu.

Otworzyła drzwi, po czym wyjechała wózkiem przed dom. Zaciągnęła się rześkim, wilgotnym powietrzem i spojrzała przed siebie. Rzędy iglaków, stałe w uczu­ciach do swojej niezmiennej zieloności, poprowadziły jej wzrok w stronę altanki pokrytej uschniętym wino­gronem. Ruszyła powoli, popychając przed sobą siedzą­cego na wózku mężczyznę.

– Pamiętasz, Stasiu, jak zdobyliśmy ten nasz drew­niany płot? – pytała jak zwykle na tych spacerach, uśmiechając się na wspomnienie radosnych lat wicia wspólnego gniazda.

A tego stolarza, co nam robił huśtawki, pamiętasz? – snuła monolog, wiedząc, że Stasiek od dawna nie jest w stanie przypomnieć sobie wydarzeń z tamtych czasów.

– On umarł – usłyszała odpowiedź męża.

– A więc pamiętasz! – wykrzyknęła, zachodząc wó­zek od przodu. Spojrzała na twarz Staśka. Była jasna, oczy wyraziste, żywo patrzące przed siebie.

Jak tu pięknie, Stefcia – powiedział cicho mężczy­zna, czując, że żona tuli się do niego. Na policzkach po­czuł mokry dotyk.

– Ty płaczesz, Stefcia? – przytulił ją, bez trudu obej­mując w pasie. – Nie płacz, będzie dobrze, zobaczysz.

Nie zdziwił się nawet, że udało mu się wstać z wóz­ka na własne nogi. Nabrał chłodnego powietrza w płu­ca mocno, aż zakręciło mu się w głowie. Spojrzał na słońce, które stało już nisko nad horyzontem. I nagle dotarło do niego, że pamięta bardzo dobrze wszystko z ostatnich trzech miesięcy swojego życia. Świadomość tej wiedzy zaskoczyła go początkowo, ale z sekundy na sekundę zaczęła go przerażać. Przypomniał sobie, jak zasłabł na dyżurze, wchodząc po schodach po zakoń­czonej na OIOM-ie reanimacji. Już po chwili zajął miejsce kobiety, której nie udało im się uratować. Ostry ból klatki piersiowej, krzyki przestraszonych pielęgnia­rek, migające nad głową świetlówki korytarza i znajoma twarz anestezjologa pochylająca się nad nim z wyrazem najwyższej troski.

– Spokojnie, Stanisław, wezwałem już Krzyśka, od­dział jest już pod jego opieką, oddychaj spokojnie – sły­szał gdzieś obok, podczas gdy sala reanimacyjna wiro­wała mu przed oczami.

Pochylił głowę na bok i zobaczył, jak wywożą zmarłą przed chwilą pacjentkę. Potem stanął nad nim jego kole­ga, trzymając w ręku długą igłę.

– Nie będzie bolało, Stanisław, masz tamponadę osierdzia, muszę kłuć – dotarły do niego słowa i wte­dy uświadomił sobie, że gdzieś to już słyszał. On sam wypowiedział podobne zdanie, gdy na stażu do kardio­logii stał nad umierającym mężczyzną. Zapamiętał, że pacjent miał siwą brodę i bujną siwą czuprynę, kontra­stującą upiornie z purpurowym kolorem jego niedotle­nionej skóry.

– Panie kolego, proszę kłuć, póki krew krąży – usły­szał wtedy ponaglenia kierownika specjalizacji. Męż­czyzna leżący przed nim już prawie nie oddychał. Był nieprzytomny, a mimo to Stanisław zapewniał go, że nie będzie bolało. Stał nad nim z tą długą igłą w rękach i za­stanawiał się, czy to ma sens.

– Kolego, kiedyś trzeba się nauczyć – usłyszał znów głos rozsądku zza pleców. Ale pacjent ciągle jeszcze żył, choć zaniechano już czynności reanimacyjnych.- Na monitorze pojawiały się słabnące impulsy umierającego serca. Stanisław czuł, że zdobywając wiedzę w taki spo­sób, okradał tego człowieka z resztek życia. Z przywileju umierania w spokoju.

Silny ból poniżej mostka brutalnie odciął go od roz­myślań. Jego kolega anestezjolog nadziewał go na kilku­nastocentymetrową igłę, próbując dotrzeć do otaczają­cego serce płynu. Wspomnienia zgasły boleśnie.

Znów stał w ogrodzie, a słońce właśnie zachodziło za widnokręgiem. Otrząsnął się i spojrzał do tyłu. Jego żona klęczała, obejmując jakiegoś człowieka siedzącego na wózku inwalidzkim. Od strony ulicy biegli sanitariu­sze, taszcząc nosze i reanimacyjne torby. Za nimi bardzo powoli zbliżał się mężczyzna w czerwonej kurtce służb medycznych. Był bez czapki, z daleka więc dostrzegł jego siwą brodę i zupełnie białe włosy. Gdy zrobił jesz­cze kilka kroków, Stanisław rozpoznał w nim tego czło­wieka, który zmarł mu kiedyś na dyżurze, zanim wbił w niego ostrze długiej igły. Blondyn szedł do niego spo­kojnie i ciepło się uśmiechał.

Dr Andrzej Chodacki

2.

Dr Andrzej Chodacki ordynator Oddziału Chorób Wewnętrznych Szpitala Parczew.

Autor dwunastu książek własnych z poezją i prozą, współautor ponad trzydziestu.

 Z zamiłowania i pasji pisarz, fotografik, muzyk i kompozytor muzyki symfonicznej do Requiem dla Odkupiciela i Pieśni Zmartwychwstałego.

Laureat pięćdziesięciu pięciu konkursów literackich i fotograficznych. Publikował w lcznych magazynach literackich w Polsce i na całym świecie. (Vide: cz.1CDN.

Dziękujemy! / Oprac. ADMIN

######################## np.pl #######################

Śledź i polub nas:

Dodaj Komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *