Cz 18. LEKARZ ŚWIADEK CUDÓW

Autor: Dr Andrzej Chodacki

Motto: „Głównym celem życia jest powiększać zgodnie z naszymi zdolnościami, naszą wiedzę o Bogu i pod Jego wpływem wielbić Go oraz Mu dziękować”. J.R.R. Tolkien

Książka Lekarz Swiadek Cudów została wydana nakładem Wydawnictwa Petrus z Krakowa – rok wydania 2023 ( wznowienie 2024):https://www.wydawnictwopetrus.pl/

Składam podziękowania na ręce Pana Doktora Pawła Piotrowskiego, Dyrektora Wydawnictwa Petrus, za wszelką życzliwość oraz wiele lat promocji wartości ogólnoludzkich i chrześcijańskich w wydawanych przez Wydawnictwo Petrus książkach,

WŚRÓD ANIOŁÓW UMIERANIE

1.

Wszedł cicho do sali, po raz kolejny tego dnia. Le­żący na łóżku człowiek miał zamknięte oczy, oddychał płytko. Lekarz podszedł, usiadł na łóżku chorego i do­tknął jego ręki – tętno było szybkie i słabe.
To pewnie ostatni jego dzień – pomyślał, kładąc mu rękę na głowie. Ostatni dzień życia z ciężką, nieuleczal­ną chorobą.
Pamiętał dobrze pierwsze dni pana Grzegorza w szpi­talu. Już wstępne badania dawały do zrozumienia, że jest – źle. Potem USG jamy brzusznej i RTG klatki piersiowej i sprawa była jasna. Liczne przerzuty raka w płucach i brzuchu. Ognisko pierwotne choroby zdawało się nie mieć znaczenia. Sprawa była i tak przegrana.


Obchód lekarski następnego dnia wymagał wiele zręczności. Żonglowanie słowami zawsze przychodziło mu łatwo. Dla każdego staruszka znalazł jakieś dobre słowo. Ale tu było inaczej. Pan Grzegorz miał 45 lat. I był piekielnie inteligentny.
Od drzwi wlepił swój przenikliwy wzrok w lekarza, a nie mogąc uzyskać dłuższego kontaktu wzrokowego, już coś podejrzewał.
– Jak pan się czuje dzisiaj? – standardowe pytanie po­parte uśmiechem wybrzmiało, jak obowiązkowe powi­tanie serwowane przez kelnera w restauracji.

– Ja? Dobrze – odparł pewnie Stocki i szybko dorzu­cił: – A jak moje wyniki?
Trafiony i zatopiony – pomyślał medyk, otwierając historię choroby. Znał doskonale wszystkie badania, ale ten rytuał upewniał chorych, że lekarz ma wszystko pod kontrolą. Zaczął od dobrych wiadomości.
– Morfologia jest niezła, w moczu nie ma zmian.
..

– A rentgen? – przerwał pacjent. Doktor na chwilę zawiesił głos.

– Pan dużo pali, panie Stocki? – zapytał, jakby obok tematu.– Dość dużo, prawie dwie paczki dziennie – Stocki nie był z siebie dumny.

– Rzucałem parę razy, ale się nie udało.– Ja wiem, to ciężki nałóg – lekarz starał się przesu­nąć rozmowę na boczny tor.

– To jak wyszedł rentgen? – chory nie dawał za wy­graną.
– Nie najlepiej, ale czekamy na opis radiologa – skła­mał doktor, starając się grać na czas.

– Ale pan widział wyniki, doktorze? – pacjent naci­skał bezlitośnie.

– Widziałem zdjęcie, mam podejrzenie, że to poważ­na choroba – lekarz dawkował informację powoli, tak jak go uczono. – Rozumiem – oczy Stockiego zatrzymały się na dłu­żej w martwym punkcie nad drzwiami. On już wiedział.

Te pierwsze dwa dni pobytu pana Grzegorza na od­dziale były, można powiedzieć, typowe. Nie znał nikogo, kto dowiedziawszy się o ciężkiej chorobie, nie wycofałby się w lęk lub odrętwienie. Ale kolejne dni zmieniły wszyst­ko, co do tej pory wiedział o psychologii umierania.
Już następnego dnia zastał Stockiego w sklepiku szpi­talnym.

– Paluszki i gumy, doktorze – oznajmił z szerokim uśmiechem. – Dość już tych fajek.– Wspaniała decyzja – lekarz uścisnął mu rękę. Ale czy nie za późno – dodał w myśli. – Zawsze jest czas na zmiany – Stocki jakby czytał w jego myślach.

Czas biegł swoim oddziałowym rytmem, wyniki ba­dań docierały z laboratorium jak kolejne gwoździe wbi­jane do trumny. A Stocki kwitł. Spacerował po koryta­rzu, rozmawiał z ludźmi, pomagał chorym na sąsiednich salach. Jedno tylko różniło go od większości. Nikt go nie odwiedzał.

Kiedyś na dyżurze po zakończonym obchodzie wie­czornym zawołał go na chwilę na swoją salę. Czuł, że zbliża się moment, w którym chory będzie chciał po­znać całą prawdę o swoim stanie.
Usiadł z uśmiechem na jego łóżku. Już pierwsze jego pytanie mogło zwalić z nóg.

– Ja umieram, doktorze, prawda?

– Wszyscy umieramy, nasz czas powoli się kończy – próbował filozoficznie wybrnąć lekarz – ale nie wiadomo, kto pierwszy z nas dwóch stanie przed Bogiem, pan czy ja.

– Doktorze, ja wiem, że nie jest dobrze. Ale niech mi pan wierzy, miałem dobre życie… Teraz dużo o tym myślę, niedługo spotkam swoją żonę i córeczkę… One tam już są… – Zawiesił głos, wpatrując się w bliznę po zastrzyku na dłoni, po czym uśmiechnął się, jakby oglą­dał stare fotografie.

Coś ścisnęło lekarza za gardło. Nie śmiał pytać o ro­dzinę pana Grzegorza, nie chciał go dodatkowo ranić. Stocki wyczuł to wahanie.

– One umarły, doktorze. Moja żona i córeczka. Zgi­nęły w wypadku – podniósł wzrok, spoglądając wnikli­wie w oczy lekarza. – Pan ma rodzinę?

– Mam. Żonę i trójkę dzieci – cicho odpowiedział doktor. – To niech pan ich kocha, spędza z nimi każdą wolną chwilę. Ja miałem tych chwil tak mało… Znów ten ucisk w gardle. – Doktorze, karetka przywiozła pacjenta na dół – przerwała pielęgniarka, zaglądając do sali. Lekarz pod­niósł się z ulgą. Jeszcze moment i by się rozsypał. – Tak – bąknął lekarz, unikając wzroku chorego. – Muszę iść, życzę spokojnej nocy.

Kilka dni później, siedząc na łóżku tego człowieka, nie mógł uwierzyć, że tak niedawno biegał on radośnie po oddziale.
Doktor spojrzał za okno. Ponure chmury wisiały nad horyzontem, płacząc zimnym deszczem. Paskudny dzień na umieranie – pomyślał i podniósł się z trudem, jakby uszło z niego powietrze.

Do sali zajrzała pielęgniarka.– Karetka przywiozła pacjenta z dusznością – zako­munikowała i zniknęła za drzwiami.

– Już idę – odpowiedział i ostatni raz spojrzał na nie­przytomnego mężczyznę. Dotknął jego czoła, prosząc Boga, by się nad nim ulitował. Odwrócił się i wyszedł z sali.

Szedł korytarzem. Wzbierał w nim żal. Zmęczenie dyżurem doskwierało o tej porze szczególnie mocno. Uchodziły z niego siły, energiczny rano krok zwalniał. Wychodząc z oddziału, skręcił w prawo na schody i na­gle zatrzymał się oniemiały.

Na schodach rozbłysło niebywałe widowisko. Coś, czego chyba nikt nie spodziewał się tego szarego, dżdży­stego popołudnia.

Pomarańczowa łuna ścieliła przed nim swoje ciepłe światło, ogarniała go pulsującym blaskiem. Zaczął nucić­ coś pod nosem, porwany nurtem życiodajnej rzeki nadziei.
Anioły przyszły po niego – pomyślał, ciągle wpatrzo­ny w olśniewające zjawisko. Dziura w gęstej zasłonie burzowych chmur, dokładnie na wprost tarczy słońca, pozwoliła rozlać się temu złotemu potokowi pod jego stopami.

Ruszył dopiero po chwili. Kiedy doszedł do izby przyjęć, pielęgniarki już go szukały. Zgon pana Grze­gorza 17.45. Trzeba powiadomić rodzinę i wypisać pa­piery.
Światło zgasło, ale pomarańczowe ciepło nadal ogrzewało jego serce. Uśmiechnął się, podchodząc do chorego na wózku, otoczonego czerwonymi kurtkami sanitariuszy z karetki.

A co się stało, panie Stanisławie, znowu astma do­kuczyła?

2.

DR ANDRZEJ CHODACKI

3.

Dr Andrzej Chodacki ordynator Oddziału Chorób Wewnętrznych Szpitala Parczew.

Autor dwunastu książek własnych z poezją i prozą, współautor ponad trzydziestu.

 Z zamiłowania i pasji pisarz, fotografik, muzyk i kompozytor muzyki symfonicznej do Requiem dla Odkupiciela i Pieśni Zmartwychwstałego.

Laureat pięćdziesięciu pięciu konkursów literackich i fotograficznych. Publikował w lcznych magazynach literackich w Polsce i na całym świecie. (Vide: cz.1CDN. Dziękujemy! / Opracował. ADMIN

########################## np.pl ###########################

Śledź i polub nas:
2 komentarze

Dodaj Komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *