Cz. 19. LEKARZ ŚWIADEK CUDÓW

MORFINICZNY RYTM ŻYCIA

AUTOR: DR ANDRZEJ CHODACKI

MORFINICZNY RYTM ŻYCIA

1.

Osaczają mnie konsekwentnie

demony lęku.

W dzień odsuwają się obrzydzeniem,

w nocy wypełzają pełne nadziei,

że staną się architektami

mojej bezsenności.

Nieszczęśliwe, jak ja,

a może nawet bardziej,

bo gdy ja umrę,

one będą dalej

jęczeć wśród bezdennej nocy.

Rytm mojego życia bije w takt pielęgniarskich kro­ków, człapania staruszka z dwójki zdążającego co godzi­nę do ubikacji, pluskania wody z nieszczelnego kranu, odgłosów aparatury medycznej dochodzących z R-ki. Kiedyś się pocieszałem, że ci z R-ki mają gorzej. Osta­tecznie zawsze trafiałem na salę ogólną. Dziś, nawet gdybym chciał, nikt mnie tam już nie weźmie. Nie ma już nic do wyleczenia. Teraz pozostało mi tylko wsłu­chiwanie się w kroki. I zastanawianie się, kto pierwszy mnie odwiedzi? Śmierć czy pielęgniarka z morfiną. I czy usłyszę, kiedy nadejdzie…?

Rak. Czytałem w Internecie i nadal nie mogę zro­zumieć, jak własny organizm może tak bezsensownie siebie zabijać? Przecież tkanka rakowa jest zbudowana z moich własnych komórek. Dlaczego się tak mnożą? Czemu powzięły plan, by mnie wykończyć? Pytałem le­karza. Uśmiechnął się i odszedł. Później się dowiedzia­łem, że sam jest po przeszczepie szpiku.

Wieczór. Pacjenci z mojej sali oglądają szmatławy teleturniej. Z dyżurki pielęgniarek dochodzą odgłosy meczu. Z sali obok dudni muzyka dla idiotów. Przez tyle lat marnowałem czas. Tylu ludzi marnuje go nadal. A teraz chciałbym mieć choć odrobinę tego, co przecie­kło mi przez palce.

Boli? Czy boli? Jak boli?! – to cholerne słowo jest tu rozkładane na części pierwsze, jakby świat składał się tylko z bolenia, a ludzie pragnęli wyłącznie zmniejsza­nia bólu swojego i innych. A ja chciałbym spróbować poziomek. Choć wiem, że to dopiero wiosna. Szko­da, jedna poziomka, a potem niech boli… Taki śmiech przez łzy…

Podam lek, panie Kazimierzu – usłyszałem znów, jakbym słyszał echo sprzed sześciu godzin, które odbija­ło się po salach i wróciło znów do mojej. Ona ma podać ten lek, to jej praca i zadanie. Ja tu mam umierać. Taki jest mój los i rozpoznanie. Pacjenci z taką chorobą nie chodzą, nie kochają, nie marzą. Tylko umierają zgodnie ze swoim rozpoznaniem.

– Dobrze – odpowiedziałem, tak jak przed sześcioma godzinami. Wykonujmy swoje zadania starannie.

…Bezsilność. Bezwład. Bezgłośne przerażenie. Chciałem sięgnąć po wodę. Stała tam gdzie zwykle, jak oaza wśród piasków. Wyobrażałem sobie, jak ożywia mnie wewnętrznie od ust aż do umysłu. Ale nie mo­głem podnieść ręki. Nie byłem w stanie. Popatrzyłem na swoje pokłute wenflonami dłonie. Czarne chmury zbierają się nade mną. Świat kurczy się, zaciska wokół mnie, biorąc bezdusznie w niewolę. Rozpełzająca się we mnie choroba wyznacza teraz granice czasu i prze­strzeni. W jej słowniku zabrakło słowa „przyszłość”. Przyjmę więc to, czym mnie obdarzy. Przyjmę jeszcze jedną noc…

Dawno temu nie myślałem o śmierci. Aż wreszcie znalazłem się tu. Lekarz, który prowadzi moją salę, ostrzegał mnie wiele razy. Straszył, że nie przyjmie mnie do szpitala, jak nadal będę palił. Teraz nic nie mówi o paleniu. Jest miły, wyrozumiały, więc chyba nie zosta­ło mi dużo czasu. To jednak porządny człowiek. Mimo wszystko.

Ciągle zastanawiam się, czy tam, po drugiej stronie coś jest? Powinienem w to wierzyć. Boję się nie wie­rzyć. Ksiądz mówił, by ufać w Boże miłosierdzie. Ale czy ktoś kiedyś zważył to miłosierdzie? Może Bóg mi kiedyś powie, ile razy mi wybaczył, odwrócił wyrok, który wisiał nad moją głową na włosku. Ale dziś mam raka i mnie boli. I w to łatwo mi wierzyć, bo mam to na papierze „czarno na białym”. Wiara czyni cuda. Ale wiara w miażdżącą diagnozę czyni tylko spustoszenie. Czy Bóg umie pisać „biało na czarnym”? Zapewne, bo umie wszystko. Ale czy zechce…?

…Znów zastrzyk. Znów to błogie uczucie wygła­dzające mój umysł, tak że mogę choć przez chwilę śnić o przeszłych, dobrych czasach. Za kilka godzin ból znów wróci, ale wróci też pielęgniarka ze sztucznym uśmie­chem i strzykawką na tacy, więc jakoś przetrwam ten czas. Wiem, co tam ma w tej strzykawce. Morfinicznym rytmem życia zbliżam się do największej niewiadomej, coraz wolniej, leniwiej, słabiej.

Dziś przyszła na naszą salę siwa staruszka. Porusza­ła się przy chodziku, podchodząc do łóżka obok mnie. Potem opowiadała sąsiadowi z lewej o swoim mężu, Stanisławie. Znałem pana Stanisława. Spotykałem go pod poradnią kardiologiczną, gdzie siedział często z tą staruszką, oczekując na wizytę u lekarza. On spodziewał się swojej śmierci. Tego wieczoru, ostatniego wieczoru swojego życia, przepraszał ją, całował po rękach i mó­wił, że nie potrafił dać jej tyle miłości, na ile zasługi­wała. Spędzili razem sześćdziesiąt pięć lat. Był dobrym człowiekiem. Przeżył wiele lat u boku ukochanej żony i umarł tak, jak chciał.

A co będzie ze mną? Jaki będzie mój koniec?

Gdzie ta pielęgniarka z tacą?!

Znów boli bardziej…

DR ANDRZEJ CHODACKI

2.
3.

Dr Andrzej Chodacki ordynator Oddziału Chorób Wewnętrznych Szpitala Parczew.

Autor dwunastu książek własnych z poezją i prozą, współautor ponad trzydziestu.

 Z zamiłowania i pasji pisarz, fotografik, muzyk i kompozytor muzyki symfonicznej do Requiem dla Odkupiciela i Pieśni Zmartwychwstałego.

Laureat pięćdziesięciu pięciu konkursów literackich i fotograficznych. Publikował w lcznych magazynach literackich w Polsce i na całym świecie. (Vide: cz.1CDN. Dziękujemy! / Opracował. ADMIN

####################### np.pl #######################

Śledź i polub nas:

Dodaj Komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *